nieprzemakalny blog

ten, który nie przemaka(ł)

Wpisy z okresu: 5.2002

Odciśnięte godziny zmartwień,
wyrzeźbione pod oczami nasze smutne dni,
na czole tuż ponad oczami,
nieprzespane noce.

A w końcikach ust zastygłe chwile rozkoszy.
A w źrenicach cały świat
-i nie mogę się temu nadziwić.

siedział na płocie,
z nogą w błocie,
a drugą w gumowcu,
patrzył na drogę opodal mostu.

gdzieś z krzaczków bzu,
zielone ślepka,
patrzyły łapczywie:
„dorwę wróbelka”.

wróbelek to wróbel
a może wróblisko,
łobuz straszny
i wielkie chłopisko.

wiedział dokładnie,
gdzie i dlaczego
patrzą, dla innych okrutne,
ślepia czarnego,
kotka, co tylko ma chęć,
na małą przekąskę.

wtem kotek milusi,
głaskany przez panią,
wyskoczył i łapę wyciąga pazernie,
na wróbla. kochana!
co potem się stało,
słowa nie opiszą,
gdyż kotek został na pożarcie
rzucony myszom.

ps. z tego taki morał mamy,
„bierz kotku co mamy
nie pytaj co damy”

Nad Kowalskich i Nowaków blokiem zapadała właśnie bajkowa, letnia, ciepła i śpiewająca słowikiem noc.

Romeo zawsze po zmroku przychodził pod okno Julii.
Był młodym, przystojnym, nieźle odżywionym i modnym młodzieńcem. Ponieważ był modny a w owych czasach modny oznaczało posiadanie łańcucha w kolorze kopalni króla Midasa on właśnie taki miał zawieszony na szyi (którą trudno było odróżnić od głowy) i eksponował go z należytą starannością.

Julia była, nie ma co dużo ukrywać bo i tak wyjdzie kot z worka w finale, niezbyt ładna: 90/60/90 nie uchodziło za ideał w owych czasach a zmysłowe (przypomnę, jak na nasze męskie gusta w XXI w) poruszanie biodrami wywoływało zgrzytanie zębami dewotek i panów po dwudziestce. Niewątpliwym plusem były jednak dwa złote zęby „na przedzie” co przynosiło jej poważanie wśród miejscowego półświatka handlującego na murawie boiska do hokeja na trawie. Podobało się to jednak Romeowi, był starym kobieciarzem, kobiety zmieniał jak rękawiczki zimowe (ja zmieniam raz na 5-6 lat, a wy? – no oczywiście, że rękawiczki a co ty myślałeś, hę? Zaczynasz? Dobra, się jeszcze policzymy, zabraniam ci dalej czytać!).

A spotkali się w banalny sposób. Niedzielne południe pod kościołem właśnie wtedy, gdy kończyła się Suma. Poczuli wtedy, pod wpływem swoich beznamiętnie przepitych po sobotniej imprezie oczu, jak to bywa w kiepskich brazylijskich romansach, uścisk w żołądku (niektórzy nazywają to biciem serca, hehe).

Lecz cóż nikt nie zna swojego przeznaczenia a tym bardziej pierwszego kochanka, który zjawia się nagle i nie używa prezerwatywy, bo jest albo zbyt pijany, żeby ją założyć albo zbyt zadufany w to, że on ojcem w wieku 16 lat być nie może.

Kiedy podszedł do niej, wtedy pod kościołem, powiedział najpiękniej jak potrafił: „cześć, kurwa, mała ale mi się podooobasz, skoczymy gdzieś nad rzeczkę?”. Ręce mu się spociły, zaschło mu w gardle, ale głos udało mu się opanować. Splunął przy tym (w drugą stronę-przecież nie był chamem) z namaszczeniem przez zęby. Ona spojrzała delikatnie, subtelnie, lekko opuściła oczęta. Spojrzała i poczuła, że to właśnie ten, TEN jedyny…. Skinęła głową.

Tak to się zaczęło, serca zaczęły bić w nieokiełznanym pędzie, głowy zaczęły myśleć w niezbadany sposób, uszy słyszały to czego nie powinny były słyszeć a oczy, a oczy widziały dobro całego świata.
Uczucie wybuchło, uczucie stało się jedynym celem. Celem samym w sobie. Celem dla celu.
Ona słuchała jego czułych słów a on patrzył subtelnie na wykrój dekoltu półprzezroczystej bluzeczki. Ich dotyki grały melodię z dawnego filmu. Romantyzm pocałunków mieszał się z agresją rozerwanej bielizny i podrapanych pleców.

Dalsze losy tej pary potoczyłyby się jak wiele takich związków. Wpadka, dziecko, praca (w najlepszym wypadku) piwo, bigbrader, mecz reprezentacji KONGO, piwo, pranie pieluch, kościół, zasmażka i rurka z kremem. Zupełnie jak w brazylijskim serialu o niewolnicy systemu ale potoczyć się nie mogły. Nie było im to pisane.

Pewnego niecodziennego razu Romeo przyszedł pod balkon Julii z bukietem kwiatów (za całe trzynaście pięćdziesiąt). Zaczesane na bok włosy lśniły brylantyną. On ubrany w uśmiech przeznaczony na czwartek gwizdnął przeciągle na kochankę.

Julia siedziała w swoim pokoju z balkonem, kończąc właśnie 2 wino po niepowodzeniach z nauką w przyklasztornej szkole. Lekko oszołomiona usłyszała znajomy gwizd. Wyskoczyła w stylu Matrixa przez zieloną barierkę swojego balkonu.
Gorący pocałunek rozlał znajome ciepło po jej ciele. Nie namyślając się długo pociągnęła Romka po szyi żyletką. Nie cierpiał. Pocałunek cały czas trwał w jego ustach, czuł tylko jej smak.
Upadł z uśmiechem.

A ona? Ona była już martwa przed tym jak się poznali. Zrozumiała to w chwili pierwszego spotkania tam, przed kościołem. Upadła obok niego. Przestała żyć tak jakby nigdy nie żyła.

wpadnę dziś do ciebie,
wpadnę na twojego bloga,
przeczytam o tym,
że zupa się dziś przypaliła,
że nie masz humoru,

wydrę kartkę pamiętnika
i wrzucę do kosza
ośmieszę twoje marzenia,
zniwecze je jednym słowem,

ale (fałszywie)
zrobię też CMOK,
pocieszę troszeczkę,
zaproszę do siebie,
a ty?

przyjdziesz i będziesz mnie obserwować
-z wypiekami na twarzy,
albo zblazowaną miną,
i pozostaniesz moim niewolnikiem
a ja będę się smiać
(ze łzami w oczach)

że słychac ciszę
i słychać niewiatr,
że przyjemnie napić sie piwa,
wina
a może nawet wódki,
słuchać ściemniających się chmur
i oddechu traw,

dziś jest taka noc,

że warto pić,
tylko po co?
-zapyta ktoś…
kiedy jutro znów obudzimy się przekonująco trzeźwi.

rozpieprzyć to wszystko,
biegnąc zieloną łąką,
z wiatrem we włosach – bez koszulki,
razem z rynsztokiem wody po deszczu,
-księżyc znów w wodzie,

nie będzie już szklanych drzwi i błyszczących marmurów,
nie sprzedamy się jutro jak para małoletnch dziwek – znowu,
nie powiemy „dzieńdobry” z miną wzorowego ucznia,
nie wstaniemy o siódmej,
nie będziemy żałować tego wszystkiego

co zostanie w dupie naszych przełożonych

spadł deszcz

stanąłem nad kałużą pełną wody
spojrzałem na swoją twarz

zobaczyłem tylko drzewa,
chmury i ciszę

nie mogłem poznać siebie samego
w brudnej wodzie bez dna

czy ja jeszce jestem?

przepraszam wszystkich, którzy poczuli się źle przez moją notkę.

czy ty jestes moja
a ja twoj?
spojrzeli na siebie
usmiechneli sie

stoimy – pytają nas
leżymy – pytają nas
chcemy pić – pytają nas

szkoła, kościół, dom – coś wszystcy chcą

do cholery, a o co wogóle chodzi?
bo ja mam pustkę w głowie…


  • RSS